Categories
Proste i szybkie przepisy na małe i duże co nieco

Przepis mojej babci na sałatę do obiadu

Składniki:
1 duża główka sałaty masłowej,
4 jajka ugotowane na twardo,
1 łyżka octu,
1łyżka majonezu,
1 łyżka jogurtu greckiego,
1 łyżeczka cukru,
1 łyżeczka musztardy,
pół płaskiej łyżeczki wegety,

Wykonanie:
Sałatę dokładnie myjemy i osuszamy. Następnie rwiemy ją na mniejsze kawałki. Jajka przekrawamy na pół, żółtka przekładamy do dużego kubka natomiast białka kroimy w grubą kostkę.
Do żółtek dodajemy cukier i łyżkę octu ucieramy przez około 3-4 minuty. Następnie dodajemy majonez, śmietanę, musztardę oraz wegetę i mieszamy. Sos powinien być lekko kwaśnawo, słodkawo słony.
Do sałaty dodajemy pokrojone w kostkę jajka i zalewamy sosem następnie dokładnie mieszamy.
Smacznego!

Categories
różne różności różniste

O żesz ty zboczeńcze jeden ja ci pokażę!

Joanna Szarańska Na tropie miłości 03 Alpaka czułości

Bardzo smakowita była również kępa koniczyny rosnąca
nieopodal ogrodowej huśtawki, ale odkąd w obejściu
zadomowili się obcy, Ludwika bardzo źle reagowała na jego
spacery po ogrodzie. W ogóle zrobiła się dziwnie nerwowa,
cały czas kręciła głową na boki i szukała go wzrokiem, jakby
się obawiała, że zniknie albo wprost przeciwnie,
zmaterializuje się za kuchennym stołem. Kosma dobrze
wiedział, że odwiedziny w domu są zakazane. Zdarzyło mu się
to tylko raz… Ludwika szła do domu z naręczem świeżo
wypranej bielizny, a jemu wpadło w oko coś kolorowego
i zabawnie powiewającego na wietrze, więc ruszył jej śladem.
W progu kuchni grzecznie przystanął i czekał, co będzie dalej,
a wtedy ona nagle się odwróciła i wrzasnęła. Potem mu
tłumaczyła, że okropnie ją przeraził i nie powinien się za nią
skradać do domu.
Dobre sobie! Ona się przeraziła! A kto tak zwiewał, że mało
kopyt nie pogubił?
Kosma pochylił się nad kolejną soczystą kępką trawy.
Zupełnie nie rozumiał, dlaczego Ludwika zabraniała mu
spacerować po tamtej części ogrodu. Przecież ludzie reagowali
na niego przychylnie: uśmiechali się, wyciągali ręce, gruchali
jak do małego dziecka albo szczeniaczka. On też okazywał im
sympatię. Czasem zdarzało mu się splunąć z emocji albo zbyt
mocno wyeksponować wystające zęby, ale zazwyczaj udawało
mu się zachować wyższą kulturę. No może z tymi ubraniami
nie bardzo się popisał, ale każdy ma jakieś słabości, prawda?
Nagle zaskrzypiała furtka. Kosma przeżuł trawę i wystawił
głowę z gęstwiny porzeczek. Drogą szła Ludwika, w zgięciu
łokcia trzymała materiałową torbę, co wskazywało, że wybiera
się na zakupy do miejscowego supermarketu. Kudłacz
rozważał, czy nie pobiec za nią, gdyż znudziło mu się tkwienie
w tym samym miejscu. Ostatecznie pozostał między krzewami
porzeczek, ale ciekawie zerkał w stronę domu. Chyba nic się
nie stanie, jeśli rzuci okiem, co robią goście. Będzie się
trzymał na uboczu, nikogo nie zaczepi i opiekunka o niczym
się nie dowie.
Niespiesznie ruszył w kierunku huśtawki.
Na leżaku siedziała stara kobieta. Na czoło nasunęła jasny
kapelusz z wielkim rondem, ale ku rozczarowaniu alpaki tym
razem był on pozbawiony barwnych ozdób. Na kolanach
trzymała gazetę, a w zasięgu ręki laskę z połyskliwą rączką.
Kosma stwierdził, że od takiej laski lepiej trzymać się z daleka
i korzystając z osłony kępy trawy pampasowej, poszedł na
poszukiwanie pozostałych…
Na sznurze z bielizną powiewała świeżo uprana odzież. Nad
miską stojącą na trawniku pochylał się mężczyzna i tarł jasną
koszulkę. Wyrzucał przy tym z siebie dziwne odgłosy,
mieszaninę stęknięć, żałosnych westchnień i cichych
pomruków. Kosma zajrzał tamtemu przez ramię do
wypełnionej mydlinami miednicy, ale mężczyzna zatracił się
w pracy i nawet go nie dostrzegł, więc poszedł dalej. Od
strony bramy docierały obiecujące hałasy…
Kosma przyczaił się za bukszpanowym żywopłotem
i z zaciekawieniem obserwował bawiące się na trawniku
dzieci oraz towarzyszącą im młodą, ciemnowłosą kobietę. Jej
oczy zostały przysłonięte kolorową apaszką. Kręciła się
niezdarnie z szeroko rozrzuconymi ramionami i po omacku
usiłowała schwycić któreś z dzieci, te jednak były zbyt zwinne
i ciągle wymykały się jej dłoniom. Z tylnej kieszonki szortów
kobiety wystawała czerwona chustka. Kosma utkwił w niej
łakomy wzrok.
Wiedział, że to zły pomysł i że Ludwika wpadnie w gniew.
Być może nawet zamknie go w zagrodzie i będzie w niej
trzymać, dopóki goście nie opuszczą pensjonatu. Pokusa była
jednak zbyt silna. Kudłacz opuścił kryjówkę za żywopłotem
i powoli zbliżył się do kobiety. Starał się poruszać
bezszelestnie, aby się nie zorientowała, że ma nadprogramowe
towarzystwo. Od razu zauważyły go za to dzieci, im jednak
nawet przez myśl nie przeszło, by zdradzić alpakę.
Znieruchomiały, wpatrując się w niego wielkimi oczami
i zasłoniły buzie zielonymi od trawy rękami, by stłumić
cisnący się na usta śmiech. Kobieta myślała, że to ona jest
powodem ich kpin i wojowniczo podparła się pod boki.
– Śmiejcie się, śmiejcie, i tak was złapię! Jestem mistrzem
ciuciubabki. Tylko nie oszukujcie, diablęta! – zawołała.
Kosma wyciągnął łeb w kierunku zachęcająco
czerwieniącej się chusteczki i próbował złapać za wystający
róg. W końcu mu się to udało, ale przy okazji lekko
uszczypnął pośladek kobiety, która kwiknęła i podskoczyła
w miejscu.
– To nie było śmieszne, diabły krakowskie! – jęknęła
z wyrzutem, odwracając się w stronę napastnika.
Dzieci przybrały niewinne minki.
– To nie my!
– Jasne!
– Naprawdę – zapewniały jednym głosem dzieci, z trudem
hamując śmiech.
Czerwona chusteczka powiewała w zębach alpaki. Kosma
uznał, że najwyższa pora się ewakuować, szczególnie że
właścicielka apetycznej szmatki już gmerała przy wiązaniu
apaszki, aby przydybać dowcipnisiów na gorącym uczynku.
Jeden sus i zwierzak zniknął za bukszpanowym żywopłotem.
– Nie dość, że uszczypnęliście mnie w… pupę, to jeszcze
podprowadziliście mi ulubioną bandamkę – powiedziała
z wyrzutem kobieta, poklepując się po pośladkach.
– Wątpię. To naprawdę nie my! – broniła dziecięcej
niewinności Sabinka. Na dowód, że z kradzieżą chusteczki nie
mieli nic wspólnego, razem z bratem wyciągnęła przed siebie
niezbyt czyste dłonie. Brenda przygryzła dolną wargę.
– Rzeczywiście nie macie mojej chusteczki… Może
zdążyliście ją schować? Mówcie szybko, gdzie się podziała,
bo inaczej przyjdzie wam zapomnieć o spacerze do wsi,
lodach, zabawie w chowanego i innych przyjemnościach! Na
krótkim postronku przywiążę was do leżaka madame
Miłoszewskiej i jeszcze naskarżę, żeście łobuzowali!
– Ale to nie my… – wyrwało się Sebastiankowi.
Brenda podejrzliwie zmrużyła ciemne oczy.
– W takim razie kto?
– Niby wiemy…
– I grzecznie mi powiecie?
– Nie powiemy! – Bliźnięta zacisnęły wargi w wąskie
kreseczki i gwałtownie pokręciły jasnymi główkami. – To
nieładnie skarżyć!
– Hmmm…
– Możemy jedynie pokazać! – stwierdziła po krótkim
namyśle Sabinka.
– Za loda na łebka! – dorzucił szybko jej brat.
– Niech będzie! – zgodziła się Brenda.
– Tam! – Dzieci jak na komendę wskazały bukszpanowy
żywopłot.
– Tam?
– Tak, tam poszedł… – palnęła Sabinka.
Brenda cisnęła kolorową apaszkę na trawę i wskazała ją
bliźniętom palcem.
– Poczekajcie tu na mnie. Zaraz wrócę i zabiorę was na
obiecane lody…
Słysząc szelest w zaroślach, Kosma uznał, że najlepiej
zrobi, jeśli wróci do bezpiecznej kryjówki w porzeczkach,
gdzie w ciszy i skupieniu będzie mógł cieszyć się zdobyczą.
Niestety, mijając pochylonego nad miską mężczyznę, upuścił
chusteczkę na trawę, a gdy zauważył wyłaniającą się zza
żywopłotu wściekłą kobietę, szybko wziął nogi za pas.
Brenda przedarła się przez bukszpanowe zarośla
i otrzepując twarz z nitek pajęczyny i drobnych paproszków,
wyszła na zalany słońcem trawnik. Pierwszą rzeczą, jaką
zobaczyła, były wypięte męskie pośladki. Drugą czerwona
bandamka u stóp weterynarza. Barmanka zapłonęła gniewem.
Niewiele myśląc, podbiegła do Kamila i z całych sił
uszczypnęła go w tyłek.
Weterynarz poderwał się z okrzykiem zdumienia. Spojrzał
na Brendę zszokowany i złapał się za obolałe miejsce.
– Oszalałaś?!
– Według ciebie to jest śmieszne?! – wrzasnęła
w odpowiedzi, chwyciła czerwoną chustkę i podetknęła mu
pod nos. – Serio?! Ile ty masz lat, co?!
– Nie rozumiem, o co ci chodzi!
– Nie rozumiesz, nie rozumiesz! – przedrzeźniała go. – Ja
myślę, że rozumiesz aż za dobrze. To, że spędziliśmy noc
w jednym łóżku, nie daje ci prawa do klepania, szczypania czy
dotykania mojej pupy!
– I wzajemnie… – odparł spokojnie. – Nie rozumiem,
dlaczego pozwalasz sobie na… I nie wrzeszcz tak!
Choleryczka z ciebie, wiesz?
– Choleryczka?! – Brenda wprost zatrzęsła się
z wściekłości. Nagle jej wzrok spoczął na misce z mydlinami,
w której weterynarz płukał ubrania zabrudzone ziemią
z doniczki. Szybko się pochyliła, ujęła miednicę w dłonie
i wylała całą zawartość na głowę mężczyzny. Pienista woda
spłynęła po twarzy, barkach i piersi Kamila. Brenda odrzuciła
miskę na bok i popatrzyła mężczyźnie wyzywająco w oczy. –
Może ja jestem choleryczką, za to z ciebie jest obślizgły typek
i nie spędzę ani minuty dłużej w tym samym pokoju.
Choćbym miała spać na progu!
– Ty… – wyrzęził, plując mydlinami i ocierając mokrą
twarz. – Jesteś… stuknięta!
– A ty zboczony i do tego kleptoman! Zboczony kleptoman!
– Że co?! Nie wiem, o czym mówisz! I weź się opanuj, bo
tu są dzieci!
Rzeczywiście, śladem Brendy z bukszpanowego żywopłotu
wyłoniły się bliźnięta. Przystanęły w bezpiecznej odległości
i wpatrywały się w skłóconą parę okrągłymi z przejęcia
oczyma. Brenda zerknęła na Sabinkę i stwierdziła, że ta
z przejęciem kręci głową. Tknęło ją złe przeczucie. Mimo to
nie zamierzała spuszczać z tonu.
– Tam też były dzieci i jakoś ci to nie przeszkadzało…
– Gdzie?
– Nie udawaj głupiego! Na trawniku, kiedy bawiłam się
z diablętami w ciuciubabkę, a ty podszedłeś i najpierw
uszczypnąłeś mnie w tyłek, a potem perfidnie podprowadziłeś
moją bandamkę. – Potrząsnęła wilgotnym skrawkiem
materiału i dodała z naciskiem: – Jak jakieś cholerne trofeum!
– Ja?!
– Znalazłam przy tobie dowód rzeczowy, nie wyprzesz się.
Poza tym dzieci cię wskazały! Prawda? – Brenda zwróciła
zarumienioną twarz ku bliźnietom. Te jak na komendę
przecząco potrząsnęły głowami.
– To nie on! – powiedziała lękliwie Sabinka.
– Tylko alpaka! – uzupełnił przejęty Sebastian.
Brenda osłupiała. Pojęła, że doszło do nieporozumienia,
i uświadomiła sobie, do czego doprowadził jej gniew. Nagle
wyparowała z niej cała energia. Ramiona obwisły, palec,
którym jeszcze przed chwilą groźnie celowała w pierś
obciągniętą mokrą koszulką, wstydliwie ukrył się za plecami.
W końcu podniosła wzrok i niepewnie zajrzała w twarz
weterynarza. Spodziewała się, że jego rysy wykrzywiać będzie
wściekłość, lecz gdy dostrzegła uśmiech kryjący się
w kącikach ust, nie potrafiła ukryć westchnienia ulgi.
– Przepraszam, doszło do nieporozumienia… – bąknęła.
– Ja myślę! – prychnął. – Ale że jesteś choleryczką,
podtrzymuję!
Brenda zjeżyła się w pierwszej chwili i już chciała
poczęstować pana weterynarza jakąś ciętą ripostą, ale
w ostatniej chwili postanowiła odpuścić. Dostrzegała komizm
całej sytuacji. A to włochaty łobuz! W niezłe maliny wpuścił
ich wszystkich. Roześmiała się, a Kamil jej zawtórował.
Ośmielone bliźnięta z impetem przypadły do roześmianej
pary. Próbowały objąć Kamila i Brendę w pasie, jednak
poślizgnęły się na mokrej trawie i w asyście głośnych pisków
powaliły zdezorientowaną parę na trawę. Brenda jęknęła
i złapała się za głowę, a weterynarz zaklął cicho pod nosem,
trzymając się za stłuczone kolano.
Dzieci szybko podniosły się na nogi i spojrzały z góry na
kontuzjowanych dorosłych.
– Teraz powinieneś ją pocałować! – pouczyła tonem znawcy
dziewczynka, zwracając się do Kamila. – A ty… – zwróciła
się do rozbawionej Brendy. – Powinnaś zamknąć oczy
i zemdleć!
– Serio?
– Serio, serio. Widzieliśmy na filmie – poparł siostrę
Sebastianek. – Tam też pani i pan leżeli na trawie. Pani
udawała, że zemdlała, ale kiedy tylko pan nie patrzył,
otwierała oczy i zerkała, czy już ją będzie całował!
– I całował? – Brenda uniosła brew.
– Oczywiście! – Sebastian wyszczerzył zęby. – Długo,
długaśnie! Dłużej niż wujek Piotruś całuje Alicję! I tak przy
tym dziwnie mlaskał…
– A pani mruczała… – Sabinka z powagą skinęła głową. –
Też dziwnie! Wcale nie jak Pinky Zuma!
– Będziesz mlaskał? – Sebastian spojrzał spod
zmarszczonych brwi na rozbawionego weterynarza.
– A powinienem?
– Czekaj, czekaj… – Sabinka wysunęła się przed brata
i przyszpiliła mężczyznę przenikliwym spojrzeniem. –
Najpierw powiedz, czy jesteś majętny…
Dzieci skonsternowane patrzyły na zaśmiewających się do
łez dorosłych, potem spojrzały na siebie, wzruszyły ramionami
i znów utkwiły wzrok w leżących na trawie. Brenda z trudem
podniosła się do siadu i otarła wilgotne oczy.
– Ładne filmidła puszcza wam stara dama! Ciekawe, czy
wasza mama o tym wie!
– Nie wie, bo oglądaliśmy spod stołu! – odparły
prostodusznie bliźnięta.

Categories
różne różności różniste

Jak starsza dama poszła z dziećmi na zakupy czyli katastrofa

Joanna Szarańska Na tropie miłości 03 Alpaka czułości

Nie będzie tak źle, niech no tylko te małe diablęta wybiorą
raz-dwa, co chcą, i wracamy! – uspokajała się w głowie
i przeczesywała wzrokiem kolejne alejki w poszukiwaniu
bliźniąt. Resztę dnia spędzę na leżaku, czytając swoje
pisemko. Gertruda Miłoszewska z domu Koniuszko nie
pozwoli się ruszyć na krok!
Nagle stanęła jak wryta. Przy wielkiej chłodni z lodami
Sebastian trzymał za nogi Sabinkę, która niemal w całości
zniknęła w zamrażarce.
– Co wy wyprawiacie?! – zagulgotała oburzona staruszka.
Położyła dłoń na ramieniu Sebastiana, aby odciągnąć
chłopca od chłodni, ten odskoczył w bok, puszczając nogi
siostry i… Sabinka z głośnym wrzaskiem wylądowała wśród
mrożonek. Babcia Trudzia spostrzegła, że z głębi sklepu
nadciąga już ku nim zagniewana pracownica, i poczuła
uderzenie gorąca. Sięgnęła ręką do zamrażarki, złapała
Sabinkę za kostkę i pociągnęła z głośnym stęknięciem.
Dziewczynka wyślizgnęła się z chłodziarki, potrząsnęła jasną
czupryną, do której przylgnęło trochę szronu, po czym
podskoczyła i… ponownie zanurkowała w lodach!
Babcia Trudzia osłupiała.
– Cóż ty wyczyniasz, dziecko! – jęknęła, ponownie łapiąc
Sabinkę za kostkę. – W tej chwili puść tę chłodziarkę!
– Wątpię. Oni… oni… tu mają te winogronowe!
– Jakie winogronowe?!
– Lody wodne z winogronowego soku – pouczył staruszkę
Sebastian i oblizał się, prezentując całą długość języka. –
Pyyycha!
– Na litość boską, schowaj ten język, chłopcze, i pomóż mi
wyciągnąć siostrę z zamrażarki.
Gertruda i Sebastian złapali Sabinkę za stopy i wspólnymi
siłami wyciągnęli z chłodziarki. Uczynili to w ostatniej chwili,
bo rozgniewana ekspedientka była dosłownie kilka kroków od
nich, a na domiar złego złapała za jeden z mopów
wyeksponowanych w dużym wiklinowym koszu. Babcia
Trudzia odetchnęła głęboko i uniosła dłoń, aby poprawić
kapelusz opadający na jedno oko.
– Najmocniej panią przep… – Posłała w stronę
nadchodzącej kobiety blady uśmiech. Nie zdążyła dokończyć,
bo na brzegu jej spódnicy zacisnęły się umorusane dziecięce
dłonie.
– Chodu, babciu! – wrzasnęły bliźnięta i rzuciły się do
ucieczki, ciągnąc zdezorientowaną babcię Trudzię między
regały. Starsza pani stęknęła boleśnie, ale posłusznie
podreptała za dziećmi, nerwowo oglądając się przez ramię.
Solennie sobie obiecała, że to ich ostatnia w tym tysiącleciu
wspólna wizyta w sklepie. Przecież jest damą, a nie pierwszą
lepszą podfruwajką, dziko obijającą się o regały i slalomem
omijającą palety wód mineralnych i kapsułek do prania!
Dzieci?! Gdzie one się podziały?! Przecież były tu sekundę
temu!
Nagle uszu babci Trudzi dobiegł radosny okrzyk Sabinki.
– Kręgle! Hip, hip, hurra!
Kręgle w sklepie?
Starą damę dopadło niedobre przeczucie. Szybko podreptała
za głosem dziewczynki i trafiła w sam środek świetnej
zabawy. U wylotu alejki z przetworami i konserwami bliźnięta
namierzyły imponującą piramidę z groszku w puszkach. „Kup
dwa, a trzeci zabierz GRATIS!” – głosiło hasło na brystolu
przyklejonym do ekspozycji. Naprzeciw konstrukcji stał
Sebastian z arbuzem w ramionach. Gertruda poczuła, że serce
w jej piersi fika koziołka.
– Poczekaj… – krzyknęła, wyciągając rękę do chłopca,
jednak jej słowa zginęły w rumorze przewracanych puszek
i piskach zachwyconych bliźniąt. Starszej pani pozostało tylko
ukryć twarz w dłoniach i zapłakać w duchu.
Nic więc dziwnego, że gdy w końcu wyszli na zalaną
słońcem ulicę – po uporządkowaniu rozrzuconego groszku
i uiszczeniu opłaty za pogniecione puszki i zmiażdżone
mrożonki – Gertruda nie wiedziała, jak się nazywa.

Categories
a co u mnie?

Wieczorne nagranko

Categories
a co u mnie?

Sylwina i Olina czyli budujemy, śpiewamy i się przedrzeźniamy

Categories
różne różności różniste

Przystojniaczek w luźnych majtaskach

Joanna Szarańska Na tropie miłości 01 Wesz czeka na miłość

Poranek był cudownie słoneczny. Choć uliczki ocieniały kamienice, Alicja zerknęła w niebo, szukając ciepłych promieni słońca. Nieliczni przechodnie uśmiechali się przyjaźnie na widok tej niezwykłej kompanii: młodej, płomiennowłosej kobiety, staruszki w eleganckim kapeluszu oraz radośnie drepcącego rudego psiaka z pióropuszem ogona zuchwale celującym w błękit nieba. Ala zaśmiała się radośnie. Także babci Trudzi udzielił się wesoły nastrój. Przystanęła pod balkonem jednej z kamienic i zadzierając głowę, gmerała przy rondzie kapelusza. Policzki staruszki delikatnie się zaróżowiły. To efekt przechadzki czy kosmetyków? –

pomyślała Alicja i podążyła wzrokiem za spojrzeniem prababki.

W następnej chwili zachwiała się na nogach.

Na balkonie pierwszego piętra stał młody mężczyzna i prężąc w słońcu opalone ramiona, rozwieszał na cienkim sznurku białą koszulę. Na sobie miał tylko luźne bokserki. Babcia Trudzia wpatrywała się w młodziana jak zaczarowana. Z gardła Alicji wyrwał się jęk.

– Babciu! – wykrzyknęła zduszonym głosem.

Jej okrzyk zaalarmował właściciela białej koszuli. Mężczyzna wykonał

półobrót i zerknął przelotnie w kierunku stojących pod balkonem kobiet.

Potem wypadki potoczyły się bardzo szybko.

Najpierw spojrzenie mężczyzny spotkało się ze spojrzeniem Alicji i dziewczyna rozpoznała w nieznajomym gagatka spod Kulawego Bociana, który tamtego wieczoru tak bezdusznie kpił z niej i z Groszka! Mężczyzna najwyraźniej też ją rozpoznał, bo zrobił ruch, jakby zamierzał pochylić się nad balustradą i coś do niej krzyknąć. W następnej chwili bokserki mężczyzny opadły i…

– Och! – zawołała babcia Trudzia.

– Aaaa! – wrzasnęła Alicja, dopadając do starszej pani i szczelnie osłaniając jej oczy. Sama również zacisnęła mocno powieki.

– Puść mnie, młoda damo! – wyrzęziła prababka, usiłując oswobodzić się z ramion dziewczyny.

– Zamierza babcia oglądać tego… tego… ekshibicjonistę? – warknęła Ala.

– Ja? – Ton starszej pani ociekał niewinnością. – Przecież ja jestem ślepa!

– Dobra, dobra! – prychnęła znacząco Alicja. – Już ja tę babci ślepotę poznałam!

– Ale…

– Żadne „ale”! – warknęła młoda kobieta. Ostrożnie uchyliła powieki i zerknęła na balkon. Mężczyzna zniknął. Odetchnęła z ulgą, mocniej ujęła prababkę pod ramię i szybko pociągnęła ją chodnikiem w kierunku kolejnej przecznicy. Kto wie, co takiemu zboczeńcowi przyjdzie do głowy? Może zaraz wypadnie na ulicę i podejmie pościg? Pokręciła głową zdegustowana. Nie dość, że bezczelny wesołek, to jeszcze… – Idziemy! –

oświadczyła stanowczo. – No co tak babcia kroku zwalnia? Tak się babci na zabiegi spieszyło!

– Młoda damo, nie każdy wygrywa nogi na loterii. Weź, proszę, pod uwagę mój wiek! – Babcia Trudzia z chytrym uśmieszkiem zerknęła przez ramię. – Poza tym damie nie wypada ganiać z wywieszonym językiem jak pierwszej lepszej trzpiotce! W progi Pieścidełka wkroczymy z dystynkcją!

– Z dystynkcją, ja cię kręcę! – Ala rzuciła okiem za siebie. Na szczęście nikt ich nie ścigał. Po właścicielu białej koszuli, opalonych ramion i…

hmmmm, zbyt luźnych bokserek pozostało tylko wspomnienie.

– Musisz jednak przyznać, Alicjo, że to był bardzo przystojny młody mężczyzna. Uważam, że świetnie byście do siebie pasowali! – bąknęła nagle prababka.

Alicja uśmiechnęła się pod nosem.

– Tak babcia uważa? I tak mu się babcia dobrze przyjrzała? A podobno niedowidzi…

– Owszem, niedowidzę, niedowidzę. Jednak czasami mam takie przebłyski, że widzę aż za dobrze! I to był właśnie taki przebłysk.

Widziałaś tę karnację? Czyste złoto! – Starsza pani cmoknęła ukontentowana.

– Karnacja, mówi babcia? – Alicja uniosła brwi. – A mnie się wydaje, że facetowi od złota bardziej by się przydała porządna guma do majtek! Jak babcia uważa?

– Cóż… – Starsza dama dotknęła ronda kapelusza i umknęła wzrokiem w bok. – Przyuważyłam, że nie tylko karnację ma imponującą…

– Niech babcia pamięta, że nie wszystko złoto, co się świeci!

– Złoto, nie złoto, ten spacer do Pieścidełka dobrze nam zrobił, prawda?

– Staruszka zachichotała. – Zawsze to inaczej, gdy się człowiek z rana przewietrzy, dotleni…

– Tak, ja właśnie widzę, że z tego dotlenienia to się babci krążenie poprawiło i rumieńców dostała! –

Categories
różne różności różniste

Dzieci są hmm … słodkie?

Joanna Szarańska Na tropie miłości 01 Wesz czeka na miłość

Wraz z falą podróżnych do wnętrza pojazdu wtargnęła także młoda matka z ogromnym wózkiem. Jaskrawozielony wehikuł wypełnił sobą całą wolną przestrzeń, zmuszając Cielesza do wspięcia się na palce. Mężczyzna zaklął bezgłośnie, bo teraz trudniej było mu utrzymać równowagę.

Kołysany ruchami autobusu, kolebał się na boki, balansując na czubkach palców, przytrzymując się jedną ręką uchwytu nad głową i od czasu do czasu uderzając biodrem w złożony dach wózka. Matka berbecia obrzuciła go posępnym spojrzeniem i z dezaprobatą odwróciła się do niego plecami, za to siedzący w środku maluch…

Przenikliwe ciemne oczy spoglądały na Pedra z niemym wyrzutem.

Mężczyzna przełknął ślinę i spróbował ułożyć usta w coś na kształt uśmiechu. Buzia dziecka wygięła się w podkówkę, oczy zaszły łzami.

Spanikowany Cielesz odwrócił głowę w stronę okna, ale po chwili ciekawość wygrała i znów zerknął na pasażera zielonego wózka. Dziecko wpatrywało się w niego natarczywie. Ciemne brewki zmarszczyły się nieładnie, buzia sposępniała. Cielesz uczynił jedyną rzecz, jaka

przychodziła mu do głowy: wykrzywił się komicznie, chcąc rozśmieszyć malca.

Wnętrze autobusu wypełnił ogłuszający wrzask. Spanikowany Pedro próbował odsunąć się od wózka, wściekła matka gromiła go wzrokiem i wariacko potrząsała wehikułem, chcąc uspokoić płaczącego malca, a sprawca hałasu demonstrował możliwości swych strun głosowych, czerwieniejąc na twarzy i niezdarnie rozsmarowując po buzi zielonkawy katar. W końcu zdenerwowana kobieta wepchnęła swojej pociesze w dłoń kawałek czekolady. Dziecko uniosło przysmak do ust i przeżuło go z zadowolonym pomrukiwaniem, a Pedro starał się nie widzieć, że wraz z czekoladą pochłania także zielonkawą maź ściekającą z nosa. Głośno przełknął ślinę. Pomyślał, że najlepiej zrobi, jeśli wyswobodzi się z pułapki napierającego nań wózka i stanie przy drzwiach, jednak kiedy próbował się przecisnąć obok tego ustrojstwa, poczuł, jak na nogawkach jego spodni zaciskają się maleńkie paluszki.

– Niech to szlag… – zaklął pod nosem na widok brązowych plam na materiale. Wspaniale! Po dotarciu do sklepu będzie zmuszony to zaprać albo przyjdzie mu calutki dzień spędzić nieruchomo za biurkiem, aby ukryć przed ciekawskimi klientami zabrudzenia na garderobie. Póki co miał jednak większe problemy: musiał oswobodzić się z uścisku dziecięcych paluszków, a one trzymały uparcie i zaskakująco mocno.

Pedro bał się wykonać gwałtowniejszy ruch, aby nie wyrządzić malcowi krzywdy, z przerażeniem ujrzał także, że buzia dziecka ponownie wykrzywia się ze złości. Matka dziecka, mamrocząc coś niezrozumiale pod nosem, ruszyła mu z odsieczą. I kiedy już wydawało się, że wszystko dobrze się skończy, kiedy wymiętoszone spodnie Pedra znów stały się tylko jego własnością, kiedy podirytowana matka dobyła pochlipującego malca z wózka i przytuliła do obfitego korpusu, kiedy autobus wtoczył się

na kolejny przystanek, a Pedro podniósł wysoko nogę, aby wydostać się zza wózka, wydarzyło się to.

Malec chlipnął. Beknął. Beknął drugi raz.

A potem spojrzał na Cielesza roześmianymi oczkami.

I zwymiotował na niego czekoladową paćką.

Pedro zaklął tym razem bardzo głośno.

A potem przepchnął się między wchodzącymi do autobusu ludźmi i nie zważając na ich oburzone okrzyki, wypadł na chodnik.

Categories
a co u mnie?

Czego się boję

Categories
różne różności różniste

Pierwsza randka w iście czarnym stylu

Joanna Szarańska Na tropie miłości 01 Wesz czeka na miłość

– Obawiam się, że dostałem nagły telefon z pracy…

– Och! – Alicja szczerze się zmartwiła. – Musisz już iść?

– Niekoniecznie. – Mężczyzna potarł w zamyśleniu podbródek. – Muszę tylko odstawić służbowe auto pod firmę. Może chciałabyś…? Nie, to chyba głupie.

– Co: chciałabym? – zapytała łagodnie Ala.

– Właściwie moglibyśmy pojechać tam razem. Zostawić samochód, wrócić spacerkiem na planty i kontynuować nasz miły wieczór…

Obiecuję, że po spotkaniu bezpiecznie odstawię cię do domu… tramwajem

– zakończył dość markotnie.

Ten smutny ton rozczulił Alicję. Poczuła, że szczerze polubiła kuzyna Brendy i że ma ochotę spędzić z nim resztę wieczoru.

Ucieszony Stefan poderwał się zza stolika i podał Alicji rękę. Ujęła ją roześmiana i dała się poprowadzić najpierw do baru, gdzie jej towarzysz uregulował rachunek, a następnie na ulicę. Stefan powiedział, że zaparkował samochód w pobliżu Poczty Głównej, nie musieli więc daleko iść. Mimo to Alicja ucieszyła się, że ubrała tenisówki, bo na brukowane uliczki starego miasta były one idealne.

Stefan nie puścił jej dłoni, ale jakoś wcale jej to nie przeszkadzało.

Może zakocham się w kuzynie najlepszej przyjaciółki? – rozmarzyła się. –

Babcia Trudzia byłaby zachwycona, gdyby Brenda została moją druhną!

Poza tym tak szarmancki i elegancki mężczyzna natychmiast podbije jej serce!

Zamyślona nie zauważyła, że dotarli do samochodu. Stefan z dziwną miną uchylił przed nią drzwiczki po stronie pasażera. Alicja uśmiechnęła się z wdzięcznością. Duży ten samochód, pomyślała stropiona, zbierając fałdy lekkiej sukienki. Przy okazji zahaczyła wzrokiem o logo namalowane na drzwiczkach i struchlała. Biały krzyż otoczony laurowym wieńcem wraz z napisem „Anielski Orszak” nie pozostawiał wątpliwości, w czym specjalizuje się pracodawca Stefana!

To karawan! Mój Boże, przyjechał na randkę karawanem! – zaskrzeczało coś w głębi Alicji.

Stefan zauważył konsternację swojej towarzyszki i uśmiechnął się uspokajająco.

– To blisko. Naprawdę! Zajedziemy na miejsce w dziesięć minut!

Mina Alicji dobitnie mówiła, że nie ma ochoty spędzić na przednim siedzeniu wozu Stefana nawet jednej, krótkiej minutki. Zaśmiała się nerwowo. I ciut za głośno. Po czym uciszyła samą siebie, kładąc palec na ustach. Czy wypada się śmiać w pobliżu karawanu?

– Jesteś pewien? – Spojrzała na Stefana niepewnie. – Nie będzie mnie potem ścigał… jakiś sanepid?

– No co ty! – Kuzyn Brendy uniósł brwi tak wysoko, że zginęły pod falą czarną włosów nad czołem. – Przecież to zupełnie zwyczajny samochód.

No, może nie do końca zwyczajny, ale… i tak pojedziesz na przednim siedzeniu, a nie tam, prawda? – zażartował, wskazując kciukiem tył

karawanu.

Wzrok Ali powędrował za palcem Stefana i młoda kobieta poczuła, że z wrażenia zaschło jej w ustach. Mocno zacisnęła palce na drzwiczkach samochodu, jakby się bała, że zostanie siłą wciągnięta do środka.

– No, nie wiem… – mruknęła. – Może lepiej tutaj na ciebie poczekam?

A ty na spokojnie odwieziesz samochód pod zakł… firmę?

– I stracę czas, który mógłbym poświęcić na pogawędkę z taką uroczą damą jak ty? – Stefan błysnął w odpowiedzi zębami. – To już wolę zostać i dostać naganę! A niech mnie nawet zwolnią! Nie zmarnuję tak cudownej randki!

Tak, jest cudowna! – zapłakało coś w głębi Alicji. – Szczególnie odkąd tak tutaj stoimy, w drzwiach karawanu…

Miłoszewska spojrzała na Stefana z namysłem. A jeśli chłopak mówi poważnie? Oleje sprawę, brzydko mówiąc, nie odstawi samochodu pod zakład pogrzebowy i przez to straci posadę? Nie chciała być za to odpowiedzialna. Jak miałaby potem spojrzeć w oczy Brendy i przyznać się: twój kuzyn wylądował na zasiłku dla bezrobotnych przeze mnie?

Kiwnęła głową.

– Dobrze, jedźmy i załatwmy to szybko! – powiedziała ciut drżącym głosem, zajmując fotel pasażera. – Potem wrócimy na planty i… –

Zapomnimy, że zafundowałeś mi przejażdżkę karawanem, dopowiedziała w myśli.

Podczas jazdy rozmowa jakoś się nie kleiła. Alicja siedziała na fotelu pasażera jak na szpilkach. Nie mogła oprzeć się wrażeniu, że ktoś znajduje się na tyle samochodu i wbija świdrujący wzrok w jej plecy. Czuła nawet to charakterystyczne swędzenie między łopatkami i z całych sił walczyła, by się nie podrapać lub… nie odwrócić.

Stefan prowadził pewnie. Wyczuł zdenerwowanie swojej towarzyszki i niczym nawigacja powtarzał w regularnych odstępach: jeszcze dziewięć minut do celu, jeszcze siedem minut do celu, jeszcze cztery… Kiedy jednak stanęli w korku spowodowanym jakąś stłuczką, zamilkł spłoszony.

Alicja miała ochotę wrzasnąć i nienawidziła się za to.

– Może posłuchamy muzyki? – zaproponował wesoło mężczyzna.

– Oczywiście – przytaknęła Miłoszewska. – Czego lubisz słu…

Stefan dotknął przycisku na panelu odtwarzacza CD i nagle wnętrze samochodu zalały dźwięki żałobnego marsza. „Dobry Jezu, a naaaasz Paaaanie!” zawodził wyraźnie nieszczęśliwy śpiewak, a Ala poczuła, jak włoski na jej przedramionach stają dęba. Przerażony Stefan rzucił się do odtwarzacza, aby wyłączyć muzykę, ale coś poszło nie tak. Płyta się zacięła i wkoło odtwarzała tylko ten jeden wers pieśni. „Dobry Jezu, a naaaasz Paaaanie, daj mu wieeeeczne spoczyyywanie!” – wrzeszczało z głośnika. Stefan się miotał, wciskając wszystkie guziczki po kolei, a Alicja miała nieodpartą ochotę pociągnąć za klamkę, wyskoczyć na chodnik i wziąć nogi za pas.

W końcu płyta wyskoczyła z kieszeni z dziwnym zgrzytem.

Miłoszewska bez zastanowienia złapała ją w dwa palce i cisnęła nią

w kierunku okna. Srebrzysty krążek zawirował w powietrzu i wylądował

na schodkach jakiegoś sklepu. Stefan spojrzał za nią zmartwiony.

– Cholera, przed południem mamy pogrzeb na Batowicach! Będę musiał

skołować nową!

– Przepraszam – pisnęła Miłoszewska i spuściła wzrok.

W milczeniu zajechali pod zakład pogrzebowy. Alicja sięgnęła do klamki w drzwiczkach. W tej samej chwili niebo przeszyła złocista igła błyskawicy, a zaraz za nią potoczył się ogłuszający grzmot. Alicja od dziecka bała się burzy. Siedziała teraz na przednim siedzeniu karawanu, rozważając, co będzie straszniejszym doświadczeniem: wystawienie się na działanie piorunów czy spędzenie kolejnych trzech minut w wozie Stefana.

Kuzyn Brendy delikatnie poklepał ją po ramieniu.

– Pójdę po parasol! – zapowiedział. – Ochroni nas w drodze na przystanek! Ze spaceru chyba musimy zrezygnować, ale odstawię cię do domu, jak obiecałem! – rzekł tonem dżentelmena.

Alicja przytaknęła niepewnie. Spojrzała na przednią szybę samochodu.

Rozbiły się o nią właśnie pierwsze krople deszczu. Wielkie krople.

Zapowiadało się na prawdziwą ulewę, choć z letnim deszczem nigdy nic nie wiadomo. Może trwać godzinami lub przybrać formę sześciu wielkich kropek na nagrzanym słońcem chodniku. Ala żywiła nadzieję, że tym razem mają do czynienia z drugą opcją. Inaczej Stefan może się upierać, żeby odwieźć ją do domu samochodem, a wtedy ona…

Alicją wstrząsnął dreszcz. Wiedziała, że zachowuje się ociupinkę irracjonalnie, ale w karawanie po prostu czuła się dziwnie. Gdy za jej plecami coś stuknęło, podskoczyła na fotelu tak wysoko, że prawie uderzyła głową w podsufitkę. Zaśmiała się nerwowo i zasłoniła usta dłonią. Dom wariatów!

Nagle zauważyła w lusterku jakiś ruch. Do karawanu zbliżało się dwóch mężczyzn. Alicja sądziła, że wyminą samochód i pójdą dalej, ale oni

zatrzymali się przy tylnych drzwiach i głośno o czymś dyskutowali. Potem mocnym szarpnięciem podnieśli klapę. Jeden z nich stęknął przeciągle.

Alicja obserwowała ich manewry w bocznym lusterku. Widoczność była ograniczona, bo jego powierzchnię znaczyły krople wody, ale po chwili dostrzegła jednego mężczyznę wycofującego się rakiem w kierunku budynku, ramiona obejmujące podłużny kształt… trumnę! Dwóch mężczyzn właśnie wydobyło trumnę z karawanu, którym jechała! Którym Stefan przyjechał na ich pierwszą randkę!

Alicja poczuła, że więcej nie zniesie!

Nie zważając na krople deszczu siekające ją po twarzy ani na grzmoty przetaczające się nad dachami Krakowa wypadła z samochodu, jedną ręką przycisnęła słomkowy kapelusz do głowy, drugą zgarnęła fałdy sukienki, które przemoczone oblepiły jej nogi jak druga skóra, i puściła się biegiem w dół uliczki. Po pokonaniu kilkudziesięciu metrów przystanęła zdyszana i rozejrzała się dookoła, by poszukać tabliczki z nazwą ulicy i określić, gdzie jest. Potem oparła dłonie o kolana, pochyliła się do przodu i wybuchnęła histerycznym śmiechem. Łzy ciekły po jej twarzy, mieszając się z ciepłym deszczem.

Categories
a co u mnie?

Niebywały okaz wiejskiego dzika i komentaż mojego taty

Marolk życzył sobie nietypowych zwierząt więc o to i okaz wiejskiego dzika. Nadmienię jeszcze, że nie zdążyłam nagrać ale ów dzik jakąs minutę wcześniej siedział w wozie strażackim i dobijające się do wozu dzieci odganiał krzykiem.
Spierrrdaaalać jadę na akcje spieeerdalać z drogi kurwa!

EltenLink